Trzęsawiska Mazur

Przeglądano 979 razy

Trzęsawiska

To, co kiedyś było kolebką dzikiej przyrody, nie zmienionej przez ludzką ingerencję, stało miejscem, w którym najbardziej można było zauważyć zmiany w faunie i florze. Tereny od Zalewu Mazowieckiego aż po Wschodnią Dzicz przez zmiany klimatyczne, wylewy rzeczne, jak i bliskość morza zmieniły się w bardziej bagniste i mało przyjazne dla ludzi. Mazury stały się miejscem, gdzie mutacje postąpiły daleko, odmieniając wizerunek pojezierza na zawsze.

Rośliny, które potrafiły się przystosować, zmieniły się nie do poznania – wygrywały te, którym towarzyszyło zjawisko poligamii, zdolność samo zapylenia, takie jak wierzba czerniawa (teraz zwana olbrzymią), czy topola, która jest znana ze swej wybitnej zdolności detoksykacji środowiska i samej siebie. Nie musząc konkurować z dawnymi dębami, bukami i innymi drzewami, osiągnęła ona rozmiary znacznie większe niż można było przypuszczać. W wyniku mutacji jej drewno stało się równie twarde jak dębowe, a kora zgrubiała, aby chronić przed nadmierną ilością toksyn.

 

Zmutowane owady nie miały możliwości zapylić normalnych, nietkniętych radiacją roślin ze względu na swoje rozmiary. Dokuczliwe i zabójcze przez swój toksyczny jad, były większym wrogiem człowieka, niż zwierzęta, które teraz zamieszkiwały te tereny. Unoszą się teraz chmarami ponad milczącymi sadzawkami, próbując dopaść ciepłokrwiste ofiary, pełne soczystego, szkarłatnego pożywienia

 

Większość kręgowców to zmutowane osobniki z grupy roślinożerców, które zaczęły się zadamawiać na tych terenach z powodu dużej ilości pożywienia. Wszechogarniające, rozpościerające się na olbrzymich ternach bagna oraz mokradła stałe czy okresowe, nasycone wodą z „kępową” roślinnością lub „kożuchem” – płem – zarastającym jeziora. W nich swoje królestwo ogłosiły gady. Wężowate, osiągające nawet kilkanaście długości okazy, zadomowiły się na dobre i nie miały zamiaru oddać swoich terenów nikomu. Ich ostre jak brzytwa zęby czyhały na wędrujących w te niegościnne strony ludzi, przypominając im kto niegdyś rządził tak wilgotnym światem.


Ale jest jednak coś w tym krajobrazie, co potrafi zachwycić – mszyste, przyziemne rośliny, których jest tutaj od groma. Kiedy zapada zmrok, ich małe, pięcioramienne kwiaty zaczynają jarzyć fluorescencyjnym blaskiem. Całe połacie mazurskich bagien i zdradliwych ścieżek ożywa w dziwnej łunie, która ściąga resztki pożytecznych owadów, zdolnych zapylić towarzyszące dywanowi z księżycowej poświaty olbrzymy. To chyba jedyna zaleta napromieniowania – niezapomniany widok, zapierający dech w piersi, dokładnie to, co przyciąga i przeraża cudowną zdolnością życia, do malowania świata na nowo lepiej niż najwięksi ludzcy artyści.

 

Wróć do głównego menu
comments powered by Disqus