Zielona Góra

Przeglądano 742 razy

ZIELONA GÓRA

Jeśli wylądujesz na wielkopolskich wyspach, nałazić się możesz od cholery. Ale tylko na jednej z nich, jeśli łazić będziesz dostatecznie długo, trafisz na... miasto! I to nie martwe, uwaga, a takie, którego serce ciągle bije. Niegdyś piękna, pełna centrów handlowych, drapaczy chmur i dobrze prosperujących firm Zielona Góra na dzień dzisiejszy niewiele zachowała z minionej świetności. Większa część została zalana, jednak to, co pozostało wystarcza jej mieszkańcom do życia. Zresztą nie byle jakiego — radzą sobie równie dobrze, jeśli nie lepiej niż odradzające się dawne metropolie.

Zielonogórzanie zajmują praktycznie całą wyspę — jednak centrum ich życia znajduje się w mieście, gdzie wybudowano port; tak, jak i inne obiekty, powstał głównie z drewna, którego zapasy dość szybko stopniały na całym ich terenie. Z początku większość społeczeństwa zajęła się „rybołówstwem”. Dlaczego „rybo”? Ich głównym celem były bowiem wodne mutanty, takie topielce czy błotniaki chociażby. Nikt lepiej od Zielonogórzan nie oprawia wodnych paskud — kupując od takiego stek z cholera-wie-czego możesz być pewien, że nie ma już w nim pęcherzyków jadowych ani podobnych morderczych niespodzianek. Jak nie trudno się domyślić, z całej Polski ściągają do nich na handel, dzięki czemu do biedy im daleko. Nie muszą nawet przejmować się zalaną częścią miasta — wpływy z wydobywanych precjoz czy przez Nurków, czy przez Czarną Mewę, jak na nic nie robienie są nader satysfakcjonujące. No i ściągają szerszą klientelę, a ci żryć też coś muszą...

Zielona Góra nie jest aktualnie najliczniejszą kolonią ludzką w Polsce. Liczebność została zdrowo nadszarpnięta podczas ataków piratów, jeszcze sprzed pojawienia się w okolicy Nurków — wielu oczywiście zginęło, jeszcze więcej przeniosło się do Nartnika. Jeszcze inni odeszli już za czasów Nurków w głąb wyspy. Najwyraźniej nie podobał im się wpływ frakcji, a także to, że takowy ściąga na miasto uwagę Mewy; założyli więc swoje „plemiona”  i żyją w licznych wioskach, właściwie odcięci od samego miasta, a w tym i od podwodnych szabrowników. Szczególną antypatią darzą jednak nielicznie, ale wciąż zapuszczających się w południowe tereny wyspy piratów. Mieszkańcy wiosek są zaprawieni w boju, więc zwykle to tylko niewielki problem — ci jednak systematycznie i wytrwale strzępią nerwy ludzi z plemion.

Sama Zielona nie jest jednak takim złym miejscem. Od kiedy lud ostatecznie się podzielił a Nurkowie rozszerzyli swoje wpływy, w mieście jest znacznie mniej morderstw, praktycznie nikt swoich nie okrada, a większość społeczeństwa jest zgrana i otwarta na przyjezdnych. Chłopie, chciałbyś mieć takiego sąsiada, jak człowiek stamtąd! Oprócz tego, że straszne z nich wodoluby, poczciwi z nich ludzie. Nie próbuj jednak Zielonogórzanina oszukać. Oszukany Zielonogórzanin jest gorszy niż rozjuszony gladiator...

Jeśli chodzi o coś, co podczas pobytu warto odwiedzić, to z pewnością musisz pamiętać o torze żużlowym. Kiedyś ścigały się na nim tylko jednoślady, dziś wszystko, co tylko ma kółka. Nie mają może tak doskonałych warsztatów jak Warszawa, jednak fach w ręku nie gorszy. Co warto też zaznaczyć, mają pieniądze, więc jeśli spodoba im się bryka z drugiego końca kraju, to tę dostaną. Mają dosyć barek i uporu, by to załatwić. W wyścigach mogą też brać udział zamiejscowi, więc jeśli chcesz posmakować czegoś innego niż spaliny na torze Kubicy, zapraszamy do Zielonej Góry! Jedynie tutaj w ramach nagród: podwodne fanty!

 

— LOKACJE —

— TOR ŻUŻLOWY —

Miejsce spotkań i centrum sportów motorowych w Zielonej Górze. Właściwie zawsze jest tam pełno ludzi, bo to miejsce nigdy nie śpi — folklor z całego kraju ściąga! Zresztą, nic dziwnego, sporo jest takich, którzy są poczuć przypływ adrenaliny i niekoniecznie uganiać się za mutkami lub ryzykować życie podczas nędznej roboty; tutaj wszystkim wydaje się, że zajęcie pierwszego miejsca to coś banalnego. Jeśli nie znasz zasad, które tu panują, unikaj tego miejsca, chociaż… Powiem ci coś, jedyną zasadą wyścigu, jest wygrana...

— DWORZEC KOLEJOWY —

Niegdyś Zielonogórskie centrum podróży, dziś centrum handlowe. Może i bez tych wszystkich cudnych wystaw i irytującej muzyki zakupowej w tle, ale za to stojące solidnie na swoim miejscu, właściwie nie ruszone przez wojnę i nienadgryzione zębem ubiegającego czasu. Głównie handlują tam Nurkowie. Znajdziesz tam wszystko, a kiedy mówię, że wszystko, to mam na myśli WSZYSTKO.

— ZIELONOGÓRSKIE LOFTY —

Dawniej lofty uważano za projekt, który przyciągał wielu zainteresowanych, chętnych do wynajmu lub kupna. Przebudowano stare fabryki na luksusowe mieszkania. Po wojnie, na początku zajmowała je rada miejska, a gdy miasto odwiedzili Nurkowie, to oni założyli tam swoją siedzibę. Jeśli Kapitan Hans nie znajduje się na łodzi, to masz niemal całkowitą pewność, że siedzi właśnie tu.

— ZIELONOGÓRSKA PALMIARNIA —

W Poznaniu palmiarnia stała się źródłem składników na narkotyki, w Zielonej Górze stała się źródłem składników lekarstw. Znajdziesz tu specyfiki na przeróżne schorzenia, ciężko dostępne gdziekolwiek indziej. Myślisz, że jak już tutaj trafisz i znajdziesz, to dostaniesz? Człowieku, niestety, zasady są jasne: leki tylko dla tutejszych. Reszta? Niech radzą sobie sami.

— FABRYKA SAMOCHODÓW FSO —

Stara, bo stara, ale po wyłowieniu odpowiednich komponentów stała się, poza morzem, głównym miejscem pracy w Zielonej. Działa głównie dzięki Nurkom i skupowanej od nich technologii. Produkowane są tam przede wszystkim silniki, ale też Nurkowie dbają o drobniejsze naprawy wozów po wyścigach. Oczywiście wszystko da się załatwić, jednak trzeba ładnie oczami poświecić... Albo mieć chody.

— KATEDRA —

Miejsce, w którym Zielonogórzanie się modlą i sypią kasą na poczet odpuszczenia grzechów. W połączeniu ze stojącym dwa budynki dalej burdelem stanowi całkiem urocze połączenie. Chodzą zresztą słuchy, że odpowiedzialna za kościół organizacja, ma też na utrzymaniu wcześniej wspominany biznes.

— CYCATA BARBARA —

Stojący niedaleko Katedry budynek, w którym może znaleźć pracę każda śliczna, bezrobotna kobietka. Burdele od wieków przynoszą korzyść finansową i rozkosz dla ciała, dlatego Cycata Barbara jest jednym z najczęściej, nie licząc Toru, odwiedzanych miejsc w Zielonej Górze. Dziewczęta rozchylą uda przed każdym, czy to miejscowym, czy przyjezdnym, ale… powinieneś mieć kieszenie pełne żetonów. Nie ma mowy tu o wyzysku, szefowa jest naprawdę uczciwą babką. A skoro wyzysk tutaj nie istnieje, to dziewczyny chodzą zadowolone, a jak wiadomo zadowolona dziwka to wydajniejsza dziwka.

—FILHARMONIA —

Masz może wrażliwą na klasyczne nuty duszę...? Cóż, twój problem, bo takich tutaj nie uświadczysz chyba, że poszukujesz klasycznego wpier... No. Filharmonia jest siedzibą Rady Miasta i milicji.

 

— NPC —

Mater

To, ile koleś ma lat owiane jest legendą. Głosi ona, że zmutowany został z jakimś żółwiem, bo żyje dłużej niż ktokolwiek na wyspie... Przeżył wojnę, przeżył pierwszego prezydenta Zielonej, przeżył nawet swoją żonę, Nieugiętą Hankę. Kolesia siekierą się ponoć nie dobije i na całe szczęście — bo jest świetnym w roli zarządcy Toru. Organizuje wyścigi od samego początku. Wielki pasjonata motoryzacji, który chełpi się tym, że ponoć kiedyś był czołgistą. Ile w tym prawdy, ciężko komukolwiek zweryfikować, jednakże opowieści starca są dość przekonujące. Tym bardziej, kiedy po jego prawicy staje Arek, a po lewicy Darek....

Doktor Zbigniew

Zajmuje się nie tylko leczeniem, ale i wyrabianiem leków oraz opieką nad palmiarnią. Doktorek, choć trzyma się na ogół zasad, jest łasy na kasę, więc jeśli będzie miał dobry humor... może uda ci się kupić u niego jakieś piguły spod lady.

Andżelika i Albert

Para zapalonych techników, którym serca zastąpiły już pewnie tłoki, a krew ropa. Próbowali ich nawet kiedyś ściągnąć do Warszawy, jednak ci wciąż trzymają się zawzięcie swojego grajdołka. Ciężko jest jednak, niestety, budować bez surowców — jak wspominałem, ich robota opiera się przede wszystkim na renowacji i drobnych modyfikacjach. Jakby nie było, umiejętności mają — zdarzy im się nawet swoje dzieła sprzedawać na aukcjach. Nie mała to feta dla zapaleńców.

Ksiądz Jan

Noe miał potop, Ojciec Jan ma żetony: tak samo mogliby w nich pływać. Wprawnie zarządza katedrą kupcząc odpustami, ślubami (a potem i rozwodami), chrztami i czym tam jeszcze sobie zamarzysz! Nawet egzorcyzmy odprawi, wszystko za odpowiednią sumkę. Ponadto Jan jest cholernie charyzmatycznym jegomościem. Ponoć nawrócił nawet samego Kapitana Hansa, który potem wydobył z mrocznych odmętów piękny ołtarz...

Barbara

Burdelmama, kobieta o wielkim sercu i jeszcze większym (a na pewno dłuższym) biuście. Uwielbia młodych ludzi i kocha przebywać w ich towarzystwie. Nie wiadomo do końca, kto jest starszy — ona czy Mater, ale pewnikiem jest, że to do niej stary chadza nocami. Co prawda, wyprawa w jedną stronę dłuższa jest od samych odwiedzin, bo przystaje co raz by złapać oddech, jednak nie trzeba być miejscowym, by wiedzieć, że coś się między tymi dwoma ptaszkami święci...

Wróć do głównego menu
comments powered by Disqus