Herbeferka

Przeglądano 772 razy

1.Nazwa: Herbeferka (herbefer, graserka, leszy).

2. Występowanie: Góry (głównie Szare Pustkowia), Małopolska, Roztocze, Nowy Wolin, Mazury, Wschodnia Dzicz (Neotajga). Brak informacji o występowaniu na innych terenach, ale cholera wie.

3. Rozmiary: 1,5 do 2 metrów wysokości, ludzkie gabaryty.

4. Dieta: zależnie od rodzaju (patrz opis): zazwyczaj rośliny i zwierzęta nie większe od ślimaków lub padlina.

5. Opis:


„O, tam, widzisz? Siedzi i czesze. Tak, dokładnie tak: czesze trawę. Nie pytaj mnie, po co, bo nie wiem. Chciałeś, żeby ci wyjaśnić, dlaczego nazywa się herbeferka, a do tego musiałem ci ją najpierw pokazać, bo byś nie uwierzył. Dziadek szwagra mojego znajomego prowadził kiedyś przez Roztocze jednego gościa, który uwielbiał francuski. Język Francuzów, znaczy się. To tacy.. a, powiem ci innym razem. W każdym razie zobaczył taką ślicznotkę czeszącą jakąś roślinę i powiedział coś jak „kłefe erbe”. Po francusku to miało oznaczać fryzjerkę trawy. Dziadek szwagra mojego znajomego przerobił to na bardziej polskie i jakoś tak się to przyjęło, że herbeferka.”

Tekst zawiera odnośniki do fabularnych cytatów, będących źródłami niektórych informacji. Odnośniki pojawiają się w postaci cyfr ujętych w nawiasy kwadratowe. Adnotacje znajdują się na końcu tego punktu.

Ilustracje tworzone przeze mnie. Mają charakter poglądowy i nie mogą być uznawane za opis wyglądu nadrzędny względem tekstu, raczej za fabularne próby szkicowania przez osoby, którym zdarzyło się ujrzeć herbeferkę. Marna jakość i błędy w samym rysunku nie mają wpływu na przekazywaną przez niego treść.



— NAZWY —



Gatunek ten nie ma jednej nazwy określającej wszystkich jego przedstawicieli. Obszary o klimacie umiarkowanym zamieszkują herbeferki i herbeferzy. W obszarach gorących (Nowy Wolin) występują graserki. A tam, gdzie jest zimno, pojawiają się lesze. Najwięcej jest jednak herbeferek i tej nazwy używa się zwykle dla określenia wszystkich istot tego gatunku.

Herbeferka wzięła się, jak mówi nam cytat pewnego mężczyzny na początku niniejszego punktu, od francuskiego coiffeur herbe, przez zupełny przypadek. To, że osobnik męski tej odmiany nazywa się herbeferem, jest oczywiste. Graserka wzięła się prawdopodobnie od słowa "grasować", choć możliwe jest też, że swój udział ma tu niemieckie słowo "gras" oznaczające trawę, mimo, że tropikalne obszary występowania graserek nie kojarzą się z nią w pierwszej kolejności. Leszy to nazwa starosłowiańskiego ducha lasu. Pasuje do wyglądu istot przypominających mocno zarośniętych mężczyzn, szwendających się nago między zaśnieżonymi drzewami Neotajgi.




— WYGLĄD ZEWNĘTRZNY I ZACHOWANIE OGÓLNE —



Wszystkie herbeferki przypominają ludzi z wyglądu. Różnią się od nich głównie kolorem skóry (od zupełnie białego, przez wszelkie odcienie żółci, brązu, zieleni i niebieskiego, aż po głęboki fiolet) i włosami, które wyglądają jak fragmenty roślin: źdźbła traw, liście, igły, łodygi z kłosami. Obie te cechy pasują zwykle do obszaru, na którym żyją. W odróżnieniu od ludzi nie noszą odzieży ani obuwia. Zwykle mają też dłuższe niż ludzie palce u dłoni. Zdarza się, że mają potężne pazury; można po tym poznać przedstawicieli posiadających agresywne nastawienie do świata. Jest to jednak bardzo rzadki widok, gdyż herbeferki są łagodne z natury. Mają spokojne oblicza, a nie niepokojone poruszają się powoli, bezgłośnie i z rozważną gracją, bez względu na to, czy idą w śniegu, tropikach czy stepie. Nieczęsto też wydają z siebie jakiekolwiek dźwięki. Poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami występują pojedynczo.

Są inteligentne, jednak sprawiają wrażenie, jakby uparcie nie chciały tego okazywać. Zachowują się jak zwierzęta, unikając wzroku ludzi i znikając z widoku, gdy zostaną zaskoczone, choć robią to bez właściwego zwierzętom panicznego pośpiechu [1]. Przy nielicznych okazjach, gdy okazują więcej śmiałości i ciekawość, nie odpowiadają na pytania i zaczepki i nie pozwalają się do siebie zbliżyć. Nawet wtedy, gdy są świadome tego, że ktoś lub coś niszczy kawałek przyrody, którym się opiekują (o tym w kolejnym akapicie), nie atakują i znoszą to z cierpliwością. Potem wracają do pracy lub znajdują sobie inne miejsce zamieszkania. Ich wybór nie zawsze jest zrozumiały. Jedynymi sytuacjami, w których dochodzi do interakcji z człowiekiem, to fizyczna niemożność uniknięcia walki oraz przypadki wspomnianej już naturalnej agresji pojedynczych jednostek. Istnieją również historie sugerujące, że niektóre osobniki zachowują się inaczej w pewnych konkretnych miejscach, ale jakiekolwiek powody lub dowody tego jak dotąd nie istnieją. Również teoria, że herbeferki posiadają swoje mateczniki, na teren których nie chcą dopuścić ludzi, nie znalazła żadnego pewnego potwierdzenia, a nawet owa teoria mówi o obszarach, na które ludzie się raczej nie zapuszczają.




— JEDNOSTKI AGRESYWNE —



Są to odosobnione i niezwykle rzadkie przypadki, ale czasem można natknąć się na herbeferkę, która ma bardziej dziki wygląd niż inne, na co składają się zwłaszcza pazury. Charakteryzuje je także zdradzający szaleństwo wyraz twarzy oraz bezczynność lub wędrowanie bez celu. Nie zwracają uwagi na nic oprócz ludzi, których bezlitośnie mordują. Nie są przy tym okrutne – starają się jak najszybciej uśmiercić jak najwięcej osób, a nawet dobijają rannych. Nigdy nie zjadają swych ofiar. Pogrążają się tylko coraz bardziej w obłędzie. Odnotowano przypadek graserki, która popełniła samobójstwo po zabiciu czternastu osób [2].



— ROLA W EKOSYSTEMIE —



Zajmują się najprawdopodobniej pielęgnacją przyrody, choć ich działania raczej nie są zrozumiałe dla ludzi. Najlepszym przykładem jest to nieszczęsne czesanie traw. Herbeferki najczęściej spotyka się na łąkach i w stepie, którymi zdają się opiekować. Zazwyczaj siedzą spokojnie, czasem tylko zmieniając pozycję czy przesuwając się w inne miejsce, i czeszą trawę długimi palcami, zbierają na nie krople rosy albo zaplatają łodyżki łąkowych roślin. Zabiegi te nieczęsto wyglądają na takie, które mogłyby w jakikolwiek widoczny sposób wpływać na roślinność, a jednak lasek, jezioro, wzgórze czy polanka, którą zajmuje się herbeferka, wygląda coraz lepiej na przestrzeni lat. Pojawia się jakiś nowy gatunek rośliny, owada czy małego zwierzęcia, który uzupełnia jakąś niszę ekologiczną, rośliny rosną ładniej i wyżej, ziemia staje się czystsza, znikają szkodniki i śmieci. Ludzie zazwyczaj mają to w dupie, ale też herbeferki nie przeszkadzają im, bo najczęściej zajmują się miejscami oddalonymi od ludzkich osiedli [3].




— POŻYWIENIE —



Jedzą szkodniki, rośliny (nasiona, szyszki, chwasty czy fragmenty przycięte w ramach pielęgnacji jakiegoś drzewka czy krzaczka), mikroorganizmy wraz z pitą wodą, czasem padłe stworzenia. Wygląda też na to, że mimo swych rozmiarów dobrze sobie radzą na terenach ubogich w wodę, choć na przykład na takiej Pustyni Śląskiej jest dla nich za sucho. Nie zostało udowodnione, jakoby miały zdolność przyjmowania wilgoci przez skórę. Nie zabijają zwierząt wyłącznie dla pożywienia - podobny akt zawsze ma znaczenie dla środowiska, w którym żyją.



— DŁUGOŚĆ ŻYCIA I ROZRÓD —



Wydają się być długowieczne, ale twierdzenie to opiera się na pojedynczych relacjach, które nie mogą posłużyć za dowód [3][4]. Sposób powstawania nowych osobników jest zagadką. Zwykły rozród w stylu ssaków wydaje się oczywistą odpowiedzią, ale istnieją też historie mówiące o ludziach, którzy zapuścili się na jakiś niezbyt bezpieczny teren i nie wrócili więcej. W tych czasach nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że potem widywano ich czeszących trawy, zbierających szyszki w śniegach Neotajgi czy ciągnących za sobą słodkowodne rośliny na Mazurach. Nie widuje się też osobników, które wyglądają na młodsze niż nastoletnie.

Należy też wspomnieć o tym, iż po śmierci herbeferki jej ciało rozkłada się w zadziwiająco szybkim tempie, wydzielając silną woń, przypominającą zapach rozkładu roślin. W czasie kilkunastu dni nie pozostaje nic, co można by uznać za zwierzęce szczątki [2].



— OSWAJANIE I INGERENCJA CZŁOWIEKA —



Mimo iście zwierzęcej umiejętności ukrywania się przed wzrokiem ludzkim, podobnie jak zwierzęta istoty te da się pochwycić. Na dłuższą metę nie ma to jednak wiele sensu. Więzienie ich przez dłuższy okres czasu powoduje u nich bunt, który objawić się może w różnoraki sposób i wynika najprawdopodobniej z rozdzielania ich od miejsca, z którym się wiążą. Gdy herbeferka uświadamia sobie, że została pojmana, szybko przestaje się bronić i popada w odrętwienie. Prowadzi to do katatonii, objawiającej się słabnącymi reakcjami na silne bodźce lub nawet ich brakiem, która najdalej po kilku dniach kończy się śmiercią - herbeferka zwyczajnie przestaje oddychać i odchodzi, sprawiając wrażenie spokoju. Równie prawdopodobnym następstwem odrętwienia jest jednak powrót do aktywności i rosnąca wrogość, najpierw powodowana jakąkolwiek próbą interakcji, a potem wzmagająca się bez zachęty. Staje się agresywna, co prędzej czy później również kończy się jej śmiercią: atakuje wszystkich napotkanych ludzi, dopóki się nie skończą, a potem wyrusza na poszukiwanie innych, co trwa, aż nie zostanie zabita. Jeśli jest spętana lub zamknięta, pada z wysiłku i ran odniesionych przy wściekłych, wyczerpujących i niemal bezustannych próbach uwolnienia się.

Czym innym jest oswajanie herbeferek bez oddzielania jej od jej środowiska. Co prawda nikt nigdy nie słyszał o tym, żeby się udało, ale można mówić o wchodzeniu tych dwóch gatunków w oddziaływania nieantagonistyczne "bliższe" od neutralizmu oraz następującej po nich czasem interakcji. Komensalizm objawia się przykładowo wtedy, gdy wśród pól uprawnych rezyduje herbeferka wspierająca rośliny, którymi żywią się (no, lub na przykład palą) ludzie [3]. Jednocześnie rolnicy również działają dla dobra roślin, pomagając pielęgnować środowisko jej życia. Oba gatunki nie przeszkadzają sobie (dopóki np. herbeferki nie irytuje sposób nawożenia pól, a żony farmera to, jak ów z tęsknotą wypatruje istoty), a ich działania przynoszą obopólne korzyści.

Najbliższe oswojeniu herbeferki jest sprawienie, że nie umknie od razu, gdy człowiek zbliży się do niej na kilka kroków. Jeżeli nie widziała, by osoba krzywdziła rośliny i zwierzęta lub zanieczyszczała środowisko, oraz jeśli ta osoba zachowuje się spokojnie, po pewnym czasie jest to możliwe. Wykazuje przy tym pewien rozsądek, przez co takie pielenie grządek albo zabicie drapieżnika jest w stanie przełknąć. Nic tu nie jest jednak regułą; jedna herbeferka jest bardziej śmiała lub ciekawska od innej, podobnie też jak mają różną tolerancję na ludzi i ich działania. Czasem więc taka istota wyniesie się od razu z okolicy, w której jedyny raz ujrzała człowieka, a czasem przeciwnie - skorzysta z ludzkiej pomocy, gdy na przykład farmer na polu posadzi kilka krzewów, by mogła się łatwiej ukryć przed uwagą wędrowców, albo usłyszy ostrzeżenie o niebezpieczeństwie, wykrzykiwane przez uciekającego z rabowanej przez bandytów farmy rolnika. Podobne zachowania kuszą zresztą, by nazwać je objawami protokooperacji.

 

— ODMIANY —

 

Jak już było wspomniane, występowanie poszczególnych odmian herbeferek zależy od klimatu. Zdarza się, że na obszarach przejściowych żyje obok siebie herbeferka i graserka (np. na północ od Warszawy) lub herbefer i leszy (np. chłodne podgórza). Ogólna zasada jest taka, że żeńskich przedstawicieli ciągnie do ciepłego, a męskich do zimnego. Wyjątki od tego, czyli kobieta-leszy lub mężczyzna-graserka, są tak mało prawdopodobne, jak, dajmy na to, znalezienie przedwojennego wozu, który ruszy od kopa, będzie miał pół baku paliwa i paczkę fajek w schowku. Powodzenia.




Adnotacje:

[1] „- Chodzę tu i tam, szukając różnych cennych drobiazgów. Czasem przy okazji.. - tutaj przerwał, pociągając nosem. Zrobił jeszcze kilka kroków, ale coraz wolniejszych, aż się zatrzymał. - Poczekaj - szepnął. (...)
Była to wyjątkowo duża kępa trawy, która się.. przesuwała powoli. Znajdowała się jakieś pięćdziesiąt metrów na prawo od ich ścieżki i zmierzała w przeciwną stronę, może lekko się przybliżając. W pewnym momencie dało się słyszeć cichutki plusk, a z kępy podniosła się jakaś postać. Rdzawy i Wercia mogli dostrzec jedynie sylwetkę, ale była zdecydowanie kobieca, bardzo szczupła, niemal chuda, i o długich, sięgających wody włosach. (...)
Wercię dochodził tymczasem słabiutki zapach ziół i jakby.. kwiatów? Postać rozejrzała się leniwie i na chwilkę znieruchomiała. Wercia nie mogła stwierdzić, czy ich dostrzegła; była tylko cieniem w ciemności szarzejącego poranka. (...)
Postać powolutku osunęła się w dół, czemu towarzyszył kolejny plusk. Wyglądała przy tym, jakby zemdlała, ale kępa znów zaczęła się łagodnie przesuwać, tym razem oddalając się od pary spacerowiczów.” – fragment z sesji opisującej spotkanie Werci i Rdzawego na trzęsawisku w okolicy Zielonej Góry



[2] „Jak pisałem, osadnictwo w zachodniej części Wyspy zawsze niesie wyjątkowe niebezpieczeństwa. Trzy rodziny (...) zostały wymordowane dwa dni temu. Zawieźliśmy zapasy, ale nie było komu ich przekazać. Na miejscu była naga kobieta o niebiesko-zielonej skórze i tropikalnych liściach zamiast włosów. Cała we krwi. Klęczała wśród trupów i zanosiła się płaczem, przez który nie mogliśmy do niej strzelić. Zanim się opanowaliśmy, zobaczyła nas. Wydała okrzyk rozpaczy i zadała sobie pazurami rany głowy, od których umarła w ciągu kolejnych minut. (...) Nim dowieźliśmy ją do Bydgoszczy, rozpadła się. Za cztery dni wyruszam na południe i nigdy nie wrócę w te strony.” – wpis z dziennika przedsiębiorcy handlowego



[3] „Hubert wyglądał, jakby zobaczył ducha, budząc me zaniepokojenie, gdyż niejedno już widziałem i byłbym w stanie w to uwierzyć. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy oświadczył, iż ujrzał między topolami twarz, której nie spodziewał się nigdy więcej zobaczyć. Pytany o szczegóły opowiedział o dziwnym mężczyźnie, który zamieszkał wśród pól jego zbóż, które z kolei od tamtej pory rosło coraz lepiej. Mężczyzna zniknął po tym, jak pola zostały wypalone przez pijanych gangerów i więcej nie powrócił. Hubert zarzeka się jednak, że mimo upływu lat, zmiany koloru skóry i, jak zrozumiałem, fryzury, rozpoznał twarz stworzenia, które czyniło dla niego dobro, nim nie przepędziła go ludzka bezmyślność i okrucieństwo. Stworzenia, gdyż mężczyzna żadną miarą nie mógł być człowiekiem, tak ze względu na jego wygląd, jak i fakt, że nie postarzał się ani o dzień.” – notatka z notesu przewodnika z Szarych Pustkowi



[4] „Ta zielonkawa panienka? Ano, kręci się po tych stawach od zawsze. Teraz czasem idę z wnukami, coby im ją pokazać, ale sam żem do niej wzdychał jeszcze w ich wieku.. a ona może dziesięć lat się od tamtych czasów postarzała, nie więcej.” – słowa siedemdziesięcioletniego farmera z Małopolski


MATERIAŁ DODATKOWY

 

— MATECZNIKI I SZCZEGÓŁOWO O ROZMNAŻANIU —



Być może ktoś posiadł już wiedzę o rozmnażaniu i matecznikach herbeferek, na przykład jakaś grupa wojowników czy traperów, dobrze wyposażona, umiejętna i mająca szczęście. Stworzenia te mogą powstać w sposób dwojaki – rodzą się lub zostają przekształcone z ludzi, a wszystko odbywa się właśnie w matecznikach.

Mateczniki. Są to miejsca głęboko ukryte na terenach, na które ludzie się nie zapuszczają. Jest ich jedynie kilkanaście w całej Polsce. Charakteryzuje je pewna organizacja, objawiająca się specyficznym układem roślin czy kamieni, ułożonych w ledwie zarysowane kręgi, niewidoczne na pierwszy czy drugi rzut oka, na przykład kilka drzew rosnących na obwodzie okręgu średnicy kilku lub kilkunastu metrów. Nie ma przy tym wolnej polany między nimi, są to po prostu jedne z wielu drzew tworzących niedostępny las. Inną charakterystyczną dla matecznika rzeczą jest to, że w każdym z nich znajduje się kałuża – za mała, by określić ją inaczej - w której woda zawsze zaprawiona jest mieszanką o składzie wiadomym jedynie herbeferkom. O tym więcej w dalszej części tego punktu.

Matecznik jest miejscem czystym, choć niekoniecznie w ludzkim rozumieniu. Próbniki wskazujące skażenie chemiczne mogłyby w takim miejscu dać informację o obecności substancji, których bez ingerencji człowieka nie powinno tam być. A jednak herbeferka wie najlepiej, co jest naturalne, a co nie. Środowisko zmieniło się i niektóre rzeczy związały się z nim tak mocno, iż zostały przez nie przyjęte. Niewielki staw, który próbnik określiłby jako kwaśny, daje możliwość rozwoju gatunkom, których próżno byłoby szukać dziesiątki lat wcześniej; podobnie dobywający się ze szczeliny w kamieniu gorący, siarkowy wyziew oblegany jest przez termofilne endemity. Wszystko to są organizmy, które nie mają swej niszy ekologicznej dalej, niż o parę metrów od źródła siarki, cholorowodoru czy innej, poza tym przypadkiem toksycznej substancji, więc teoretycznie zniszczenie ich nie wpłynęłoby w żaden sposób na resztę świata. A jednak mateczniki chronią również je jako istoty żywe.

Poza tym wszystko, co rodzi się, rośnie i umiera w mateczniku, robi to w sposób naturalny. Nie jest to strefa ochrony, gdyż roślinożerca zjada roślinę, a drapieżnik zabija swą ofiarę tak samo, jak uczyniłby to kilometr dalej. Herbeferki chronią te miejsca przed ludźmi i ich wpływem. Jeżeli w pobliżu znajdzie się zwierzę ranione wcześniej kulą z karabinu, zatrute gazem czy toksycznymi odpadami lub po prostu upaprane smarem po przeczołganiu się pod samochodem, nie ma tam wstępu, są przeganiane lub zabijane. Wyjątkiem są choroby roślin, które mogłyby zubożyć lub zniszczyć ekosystem, którego częścią jest matecznik. Dbałość herbeferek zazwyczaj zapobiega podobnym zdarzeniom, lecz jeśli już dojdzie do infekcji, jest ograniczana lub usuwana, jeśli staje się zagrożeniem.

Strażnicy. Należy tu wspomnieć o kolejnym rodzaju herbeferek – nazwijmy je Strażnikami - którego nie spotyka się nigdzie indziej, niż w matecznikach. Są to osobniki większe i silniejsze, dorastające do dwóch i pół, a czasem i trzech metrów. Ich dłonie i stopy wyposażone są w potężne pazury a szczęki w kły. Skóra ich jest niezwykle twarda, gruba jak u słonia, w wielu miejscach zrogowaciała lub pokryta łuską, a przy tym pomarszczona w specyficzny sposób, tak, że przypomina korę drzewa (to, jaki gatunek naśladuje skóra, zależy od obszaru, w jakim znajduje się matecznik). Oblicza mają poważne i surowe. Poruszają się powoli i jakby z namysłem, i choć potrafią być bardzo szybkie, brakuje im zwinności. Są obrońcami mateczników i zabijają każdego, kto pozostanie w nim dłużej. Nie atakują od razu, gdyż człowiek, który znajdzie się w takim, raczej nie zauważy, że znalazł się w jakimś specjalnym miejscu, skupiony na przeżyciu i dotarciu do celu. Czy wynika to z inteligencji Strażników, czy też jest to działanie intuicyjne, czy w końcu powstrzymuje ich niechęć do zabijania ludzi – nie sposób powiedzieć. Dość rzec, że dopóki osoba, która niechcący trafiła do matecznika, nie zatrzyma się na dłużej niż kilka minut, nie upuści żadnego przedmiotu ani nie narobi szkód, łamiąc żywe gałęzie, rwąc rośliny czy depcząc grzyby, opuści go nie niepokojona i zwykle nieświadoma niczego. Strażnicy mateczników, mimo swych rozmiarów, są najlepsze w kamuflowaniu i ukrywaniu się spośród wszystkich herbeferek, a jeśli znajdują się tam inne – a niemal nigdy nie zdarza się, by matecznika nie odwiedzała akurat choć jedna – oddalają się. Niech również zostanie nadmienione, iż Strażnicy nie walczą jak ludzie, ale bardziej jak zwierzęta. Nie ma uderzeń dla ogłuszenia, rzucania o drzewa czy innych pierdół, dopóki da się chwycić za głowę i ścisnąć, rozedrzeć pazurami czy zacisnąć zęby na gardle. Od zwierząt zaś odróżnia ich brak objawów odczuwania zaskoczenia, wahania czy strachu przed czymkolwiek. Jeżeli pochwycony człowiek zdoła posłać w pierś Strażnika serię z kałacha z przyłożenia, Strażnik zginie, oczywiście, ale przedtem ściśnie. Jeśli zaś zdoła, zabierze się za kolejnego człowieka, dopóki nie umrze, bez litości lub opóźnienia.

Rozmnażanie: narządy rozrodcze i kwestia dymorfizmu płciowego. Wracając do samych mateczników, trzeba opisać procesy, dzięki którym powstają nowe herbeferki. Pierwszy z nich ma związek z faktem, iż wygląd herbeferki nie zawsze ma ścisły związek z jej płcią. Część z nich, w przybliżeniu połowa, posiada wewnątrz ciała rodzaj wypełnionego gęstym płynem przewodu, ciągnącego się od żyły szyjnej zewnętrznej, wzdłuż aorty, do żyły biodrowej wewnętrznej. Na początku, na szyi pod skórą, znajduje się niewielki gruczoł wydzielający ów płyn, oraz niewidoczny narząd pełniący funkcję w pewnym stopniu przypominającą funkcję jelita cienkiego. Jego komórki działają w gruncie rzeczy na zasadzie symportu, przekazując substancje przenikające przez skórę do wspomnianego przewodu, jednak poza okresem rozrodczym narząd jest nieaktywny. Na końcu przewodu z kolei nie ma nic – jest on zamknięty, składa się jednak z podobnych komórek, również nieaktywnych. Reszta herbeferek (pomijając Strażników) posiada niewielkie gruczoły wewnątrz zatok przynosowych, które również są niekatywne. Pierwszą część należy nazwać samicami, a drugą samcami, jednak, jak zostało wspomniane, nie ma to żadnego związku z ich wyglądem zewnętrznym, który, niech zostanie przypomniane, zależy od obszaru występowania. (Darwin prawdopodobnie by się załamał, wiem.)

Rozmnażanie: rozpoczęcie procesu poza matecznikiem. W pewnym momencie życia herbeferki zaczyna działać ów specyficzny narząd szyjny lub gruczoły w zatokach. U niektórych zdarza się to cyklincznie, co kilka lat, u innych nieregularnie, czasem tylko kilka razy w życiu lub nigdy. Nie zależy to w żaden sposób od płci, zależy za to od tego, jak daleko od matecznika żyje herbeferka, gdyż wywołane jest to jej okazjonalną obecnością w nim. Każdy osobnik co najmniej raz w życiu odwiedza najbliższy matecznik, co zależy właśnie od odległości od niego, gdyż nie chcą one opuszczać na zbyt długi czas miejsc, w których żyją i którymi się opiekują. To, w jaki dokładnie sposób obecność w matecznika wywołuje gotowość wspomnianych narządów do działania, jest równie zagadkowe jak to, w jaki sposób zaplatanie traw pomaga środowisku. Tak czy inaczej w momencie, gdy herbeferka zauważa owo działanie (można zaobserwować, jak taka kicha albo drapie się w szyję), wyrusza na poszukiwanie innego osobnika, posiadającego przeciwną płeć. W niemal niezauważalny dla człowieka sposób zmienia się zapach wydzielany przez taką herbeferkę, co jest z kolei wyraźnie odczuwalne przez inne osobniki. Gdy więc spotyka inną, ta dosłownie czuje, o co chodzi. Ponadto zapach ów uaktywnia narząd napotkanej herbeferki i obie udają się na wędrówkę do matecznika.

Rozmnażanie: droga do matecznika i rozwój płodu. W czasie wędrówki i później, gdy są już na miejscu, w gruczole zatoki samca gromadzi się płyn, w którym obecne są mikrogamety. U samicy z kolei powiększa się narząd na szyi. Samiec kicha, wyciera nos dłonią, a dłoń o szyję samicy. Gamety są wchłaniane przez skórę i działający już narząd, przez co dostają się do przewodu. Wypełniający go płyn przenosi je powoli w dół. Jednocześnie jego komórki zaczynają działać, powoli pobierając materię z ciała herbeferki i wzbogacając płyn. Produkujący go gruczoł wydziela w końcu makrogametę, która, po tym jak opadnie na dół, łączy się z jedną lub kilkoma mikrogametami, tworząc zygotę. Obie herbeferki czują w zapachu samicy, kiedy to następuje. Wtedy ich narządy przestają pracować i wracają do normalnego stanu, pomijając komórki przewodu, które wciąż dostarczają substancji odżywczych.

Samica spędza w mateczniku około dwudziestu dni, przez jaki to czas zarodek rośnie, zanurzona w płynie. Przewód jest więc czymś w rodzaju macicy, choć bliżej mu zapewne do przewodu Müllera; wciąż czeka na nadanie mu konkretnej nazwy, podobnie jak pozostałe narządy służące rozmnażaniu herbeferek. Ostatni odcinek rozciąga się w wyniku rozwoju zarodka. W końcu staje się to tak bolesne, że samica rozdrapuje swą skórę, mimo, że zmiana wielkości jest niewielka – jest to ból powodowany rozpychaniem wewnątrz organizmu i tworzącym się przez to stanem zapalnym (który przy okazji ogrzewa zarodek). Samiec zastępuje ją, dopóki nie oderwie ostatniego odcinka przewodu wraz z obecnym w nim zarodkiem, by nie naruszyła go w bólu. Przekazuje go wtedy jednemu z zawsze czuwających Strażników, który "połyka" go. Strażnicy bowiem, mimo że nie posiadają owych narządów właściwych zwykłym herbeferkom, oprócz przełyku i tchawicy wyposażony jest w trzeci przewód, prowadzący do czegoś, co można by już nazwać macicą i znajduje się nad żołądkiem. Tam zarodek przylega do jej ścianki i rozwija się przez kolejnych osiem tygodni. Samiec odchodzi, a samica pozostaje w mateczniku, dopóki jej rana nie zagoi się na tyle, by była zdolna do podróży, i sama również opuszcza matecznik. Strażnik po ośmiu tygodniach zwraca zarodek wraz z otaczającym go łożyskiem, który ma już wielkość kilku centymetrów i jest dużo bardziej rozwinięty, niż zarodek ludzki po takim czasie. Zostaje umieszczony w przygotowanym na tę okazję miejscu między korzeniami jednego z drzew w mateczniku. Łożysko wyposażone jest we własne "korzenie", które łączą się z drzewem. W ciągu doby zaczyna również kiełkować i wypuszcza pierwsze liście, które, pielęgnowane i wspierane przez Strażników oraz obecne w mateczniku inne herbeferki, pną się po pniu drzewa. Już po paru dniach zdobi je gęsta zasłona z dziesiątek liści wielkich jak liście łopianu. Są bardzo specyficzne, gdyż pobierają wyłącznie tlen transportowany dziecku.

Rozmnażanie: ostatni etap rozwoju płodu i narodziny. Pod drzewem płód dorasta dużo wolniej, niż u Strażnika. Rodzi się, wygrzebując się samodzielnie po około szesnastu miesiącach. Przypomina ludzkie dziecko, lecz nabiera rysów i rozmiarów dorosłego w ciągu mniej więcej trzynastu lat (plus minus dwa), które spędza najpierw w mateczniku, a potem w okolicy, oddalając się coraz bardziej i coraz rzadziej go odwiedzając. Po tym czasie jest już zwykle gotowe do tego, by ruszyć na poszukiwanie miejsca, którym się zajmie. Wyjątkami są nieliczne jednostki, które stają się Strażnikami. Zależy to od Strażnika, który nosił w sobie zarodek – to on decyduje, czy matecznik potrzebuje kolejnego obrońcy.

Nowe herbeferki: proces drugi. Drugim procesem powstawania herbeferek jest przemiana człowieka w herbeferkę. Zdarza się to bardzo rzadko i trudno powiedzieć, dlaczego do tego dochodzi. Zostało już wspomniane, że w każdym mateczniku znajduje się kałuża, w której woda "przyprawiona" jest pewną mieszanką. Nikt nie wie, jakie substancje się w niej znajdują. Wydziela z siebie słaby zapach, na który trudno zwrócić uwagę, a który działa na niektórych ludzi. Na których konkretnie, ciężko stwierdzić, choć zwykle są to osoby nie mające nic do stracenia, takie, którym tak naprawdę na niczym nie zależy. Jeżeli ktoś przechodzi koło owej kałuży i zwróci uwagę na zapach, przestaje myśleć o tym, co robił, gdzie szedł, skąd się tu wziął. Następuje chwila wahania, po której zostaje przy kałuży lub idzie dalej, lecz nawet jeśli odejdzie, wróci – po chwili, po godzinie, po kilku dniach, po to, by napić się z kałuży, jak po kolejną działkę narkotyku. A gdy się napije, zostaje w mateczniku. Strażnicy od tej pory będą bronić go tak samo, jak inne herbeferki obecne na tym terenie, a człowiek zapadnie w sen. Gdy się obudzi, odrzuci karabin poza matecznik, podobnie jak cały sprzęt i ubranie. Powróci nagi i zostanie poprowadzony przez herbeferki do drzewa, które dla niego przygotują, w wykopane między korzeniami zagłębienie. Wejdzie w nie i tam pozostanie, oplatany powoli przez rośliny i ich korzenie, pojony wodą z kałuży i karmiony nasionami, korzonkami i ziołami. Jego umysł, z początku przyćmiony, zmieni się, podobnie jak jego ciało, i po kilku tygodniach lub miesiącach stanie się herbeferką.

Jedynie kilka razy do tej pory zdarzyło się, że herbeferka poza matecznikiem "upolowała" w ten sposób jakiegoś człowieka, tworząc podobną kałużę na jego drodze. Herbeferka musi mieć jednak pewność, że przejdzie koło niej odpowiednia osoba. Po czym zaś to poznają, nie da się powiedzieć. Taka osoba musiałaby przejść w pobliżu herbeferki kilkanaście czy kilkadziesiąt razy, wykazując się przy tym odpowiednim zachowaniem, nie sposób stwierdzić, jakim. Prawdopodobieństwo, że ktoś "zmieni się" w herbeferkę, jest bardzo znikome, dopóki nie zajdzie w niewielki matecznik. Wtedy jest jedynie troszkę większe.

autor: Rdzawy (149)

Wróć do głównego menu
comments powered by Disqus